O KRÓLU S(T)OCH(I) I JEGO ZIOMKACH!

Jest trzech takich w historii, którzy zgarnęli dwa złote medale w skokach na jednych Igrzyskach. Do niedawna Fin i Szwajcar, dziś także Polak.

AUSTRIA, NIEMCY, NORWEGIA, JAPONIA, SŁOWENIA, POLSKA…

Napiszę szczerze… Bardzo długo zbierałam się do napisania tego felietonu. Miał już się ukazać po konkursach w Willingen ale uznałam, że nic nie wiemy o formie dwóch filarów austriackich skoków...

ZAKOPANE OKIEM KIBICA - CZ.3.

Za nim w niedzielny poranek otworzyłem oczy, niestety do moich uszu dotarł ten wredny dźwięk! Zapowiadało się to, czego każdy polski kibic obawiał się przed wyjazdem.

MIKA KOJONKOSKI - WYMARZONY TRENER

Do napisania o Mikim nakłoniła mnie moja ostatnia lektura książki Mika Kojonkoski - tajemnica sukcesu.

MISTRZ OLIMPIJSKI - TO BRZMI DUMNIE!

Polska oszalała! Starsi czekali na ten moment od 42 lat. Nie udało się w Salt Lake City, Turynie i Vancouver Adamowi Małyszowi. Wielkiej legendzie i jednemu z najwybitniejszych skoczków w historii.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felietony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felietony. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Przeminęło z wiatrem... Część 1.

Na początku swojego felietonu pragnę podkreślić, że miniony sezon 2013/2014 w skokach narciarskich nie ma nic wspólnego z powieścią Margaret Mitchell (ten sam tytuł „Przeminęło z wiatrem”). Pewnie każdy z Was zgodzi się ze mną, że poprzedni sezon został storpedowany przez wiatr i ciężkie warunki atmosferyczne. Wszystko zaczęło się wietrznie i deszczowo w Klingenthal. Po drodze lepiej nie było, a w Planicy zaliczyliśmy małą powtórkę z początku sezonu. Pod względem warunków atmosferycznych był to też sezon ciężki nie tylko dla zawodników, organizatorów zawodów ale też i kibiców, których cierpliwość została wystawiona wielokrotnie na próbę. Takich ilości jury meetingów chyba jeszcze do tej pory w historii Pucharu Świata nie mieliśmy. Ok. można poczekać na poprawę pogody kiedy widać realną szanse, że coś się zmieni. Lecz kiedy wieje halny (przykład z Zakopanego) przy czym kręci nie miłosiernie, leje deszcz, pada śnieg i wszystko razem, tory się roztapiają a śnieg na zeskoku wygląda jakby miał zaraz spłynąć, to dla mnie osobiście takie konkursy są pozbawione sensu i na pewno dobrze nie wpływają na wizerunek dyscypliny. Najważniejszą rzeczą jest jednak bezpieczeństwo zawodników, o którym niestety FIS i jury zawodów powoli zaczyna zapominać. Dla mnie podczas niedzielnego konkursu w Zakopanem nie powinien zostać oddany ani jeden skok konkursowy! Każdy kto był w tym dniu w Zakopanem pod skocznią  widział, że nie ma warunków do skakania! Jednak jury widziało inaczej… Najbardziej szkoda mi było tych wspaniałych chłopaków, którzy w tych ciężkich warunkach zdecydowali się na skoki mimo, że wyniki rywalizacji ustalił wiatr. No dobra koniec tego narzekania na wiatr, warunki atmosferyczne, decyzje jury i cały FIS. Miniony sezon to przede wszystkim popis pewnego skoczka z Zęba… Nie było lepszego od niego!
(źródło: tzn.pl)

…A wszystko zaczęło się w Klingenthal…
Emocje sięgnęły zenitu! Tuż przed pierwszymi zawodami PŚ w mediach co rusz pojawiały się wypowiedzi Prezesa Tajnera czy innych znanych trenerów o tym jacy to mocni jesteśmy i że możemy mówić o sobie, że jesteśmy potęgą w skokach. Weryfikacją tych słów miał być konkurs drużynowy w Klingenthal.
Pierwsza seria, 4 miejsce… Druga seria po bardzo dobrym skoku Piotra Żyły (który na pewno zapewniłby nam awans) została odwołana. Wśród kibiców a przede wszystkim dziennikarzy po tym konkursie pozostał lekki niedosyt. „Jakbyśmy byli taką potęgą to byśmy to wygrali!” – tak brzmiały komentarze po tym konkursie. Po raz kolejny wszyscy się przekonali o tym, że skoki narciarskie są dyscypliną bardzo nieprzewidywalną. Co z tego, że na treningach może być super kiedy na zawodach dochodzą np. loteryjne warunki. Tak było i tutaj. W czasie weekendu w Klingenthal wiatr postanowił przypomnieć o sobie zawodnikom oraz głodnym emocji kibicom. Tak było w sobotę i w niedziele.
Po sobotnim konkursie, kibice z mniejszymi oczekiwaniami zasiedli w niedzielne popołudnie przed telewizorami. Niestety już na samym początku widzieliśmy, że konkurs nie będzie należał do łatwych. Kto przed tym konkursem spodziewałby się, że się tak potoczy? Czy ktoś myślał, że młody skoczek z Polski założy koszulkę Lidera Pucharu Świata? Nic na to nie wskazywało… 142,5 i dobre warunki… To wystarczyło Krzysztofowi Biegunowi do swojego pierwszego triumfu w PŚ. Nie spodziewał się tego nikt. Nawet trenerzy, którzy nie planowali wystawić Krzyśka w składzie na konkursy w Skandynawii. No ale jakby to wyglądało jakby Lider Pucharu Świata nie pojechał na kolejne konkursy w cyklu, tylko przygotowywał się do zawodów niższej rangi? W minionym sezonie żałuje, że Krzysiek nie dostał szansy występu na mamuciej skoczni w Kulm. Widać, że chłopak dobrze się czuje na dużych obiektach. Na pewno Krzysiek Biegun ma wielki talent, którego nie można zmarnować. Wracając do pierwszego konkursu minionego sezonu PŚ… W pierwszej dziesiątce konkursu znalazło się aż 4 reprezentantów Polski! Jedni mogli powiedzieć, że mieli szczęście w tej loterii, drudzy, że jesteśmy potęgą. Ja jednak uważam, że naszych skoczków stać na to aby w mniej loteryjnych zawodach meldować się w pierwszej „10” w takiej ilości. Dobrym przykładem będą tu zawody w Engelbergu czy na IO w Sochi (ale o tym później). Mimo wszystko w tej loterii był to sukces. Nie powiodło się tylko naszemu Mistrzowi Kamilowi, który zajął dopiero 37 miejsce. Niestety warunki dla pierwszej „10” sezonu 2012/2013 były katastrofalne. Kamil nie mógł nic zrobić. Szczerze napiszę, że nie przejęłam się tym miejscem Kamila. Ze swoich obserwacji wiedziałam, że Kamil musi spokojnie „wejść” w sezon. Zresztą dla mnie najważniejsze były ZIO w Sochi i to tam Kamil miał być w najwyższej formie, a nie na początku sezonu. Wspominając Klingenthal nie mogę zapomnieć o pewnym incydencie (jeżeli można to tak nazwać) do którego doszło w czasie niedzielnych zawodów. Chodzi oczywiście o „protest” Schlierenzauera i Bardala.  I tu wybuchła pierwsza narodowa dyskusja Polaków! Dlaczego tak zrobili? Tysiące teorii przeleciało przez głowę kibiców. Jednak ja uważam, że tu nie było o czym dyskutować. Oni sami zdecydowali o tym, że nie skaczą, a co za tym idzie nie zdobywają punktów do klasyfikacji i koniec dyskusji. Uważam, że jury zawodów było gotów czekać na w miarę stabilne warunki dla nich (chociaż Kamila mogli puścić w okropnych i nie mieli skrupułów). Z drugiej strony jakby jednak warunki nie pozwoliły na puszczenie ich obydwu to jury by musiało odwołać konkurs a wtedy Krzysztof Biegun nie byłby Liderem PŚ. Więc z drugiej strony dobrze, że zrezygnowali ale zaznaczę po raz kolejny – To była ich decyzja!
(źródło: berkutschi.com)

Po Klingenthal nadeszły konkursy w Skandynawii. Nic nas tam nie zaskoczyło. W Kussamo wiało jak zwykle, a w Lillehammer jak zwykle były prawie puste trybuny… Taki Skandynawski standard. Nasi powoli zaczęli się rozkręcać. Maciej Kot w konkursie na średniej skoczni w Lillehammer zajął 5 miejsce – najlepsze w sezonie. Inni mieli mniejsze lub większe przebłyski formy. Jednak ciągle coś im brakowało. Chcieli spokojnie potrenować w Polsce aby złapać regularność w swoich skokach. Jednak z tym nie mieli łatwo. Żadna skocznia w Polsce nie była przygotowana pod trening. W końcu po wielu prośbach COS przygotował Wielką Krokiew w Zakopanem. Centralny Ośrodek Sportu jak sam się tytułuje jest również Centralnym Ośrodkiem przygotowań Olimpijskich. No i proszę! Mieliśmy rok Olimpijski a skoczkowie, którzy byli naszą wielką nadzieją na medale nie mieli gdzie trenować! To jest skandal! COS powinien zrobić wszystko aby przygotować obiekt do sezonu zimowego. Dopiero po usilnych prośbach trenera i związku ktoś się tym problemem zainteresował i przygotował raz dwa skocznie! I ja się pytam… Nie można było tak wcześniej? Dla mnie ta instytucja nie powinna istnieć ale to temat na osobny felieton więc nie będę teraz się o tym rozpisywać. Wracając jeszcze na chwilkę do Lillehammer… Po raz pierwszy w historii reprezentacja Polski wystawiła drużynę w konkursie mieszanym na średniej skoczni w której znaleźli się: Magdalena Pałasz, Joanna Szwab, Maciej Kot oraz Kamil Stoch. Nie mieliśmy żadnych oczekiwań związanych z tym występem. Drużyna zajęła ostatnie miejsce ale chciałam pogratulować dziewczynom za odwagę i życzyć im sukcesów w przyszłości oraz wytrwałości, ponieważ marzenia się spełniają! Przy okazji chciałabym przypomnieć, że w tym sezonie Magdalena Pałasz zdobyła pierwsze punkty PŚ w czasie konkursu w Hinzenbach!
Skocznie w Lillehammer (Archiwum własne)

Efekty treningów, które nasza kadra odbyła w Zakopanem poznaliśmy już w Titisee-Neustadt. To właśnie od tych konkursów rozpoczął się marsz Kamila Stocha po końcowy triumf w klasyfikacji generalnej PŚ. Znowu zobaczyliśmy piękną sylwetkę w locie, opanowanie i pewność siebie. Kamil zajmując 2 i 1 miejsce w końcu przypomniał swojej konkurencji jak skacze Mistrz Świata! W pierwszym konkursie punktowało pięciu Polaków, w drugim już tylko trzech ale i tak oceniam ten weekend na plus. Niestety podczas drugiego konkursu na skoczni wydarzył się poważny wypadek z udziałem Thomasa Morgensterna. Kiedy zobaczyłam Morgiego padającego z bólu na zeskok a później ten helikopter to myślałam, że na Turnieju Czterech Skoczni na 100 % go nie zobaczymy. Jak się skończyło to każdy wie.
(źródło sport.interia.pl)

Kto spodziewał się że już tydzień później Jan Ziobro (w pierwszym konkursie w Neustadt zajął 44 miejsce, a w drugim 48) wygra swój pierwszy konkurs w sezonie i na następny dzień znów stanie na podium? Nikt. Po raz kolejny przekonaliśmy się, że miniony sezon był nieprzewidywalny i pełny niespodzianek. Chociaż muszę to zaznaczyć i napisać, że w zwycięstwie Janka nie było przypadku, szczęścia czy innego czynniku sprzyjającego. Janek stoczył równą walkę o zwycięstwo z Kamilem Stochem i Andersem Bardalem. Pokazał, że stać go na wygrywanie z najlepszymi. Zobaczyliśmy, że ma ogromny potencjał i oby w kolejnych sezonach coraz częściej to pokazywał. Po tym pierwszym konkursie w Engelbergu byliśmy w euforii. Jan Ziobro wygrał, Kamil Stoch był drugi a w pierwszej „10” konkursu było jeszcze dwóch Polaków. Po raz kolejny pokazaliśmy moc i siłę w zespole. Uważam, że każdy z kadry Łukasza Kruczka jest w stanie wygrywać konkursy PŚ i jeszcze nie raz będziemy się cieszyć z ich sukcesów. Pamiętam jak mówili, że po Adamie Małyszu już nic nie będzie, że skoki w Polsce się skończą, że nie mamy perspektyw… A tu taki psikus! Skoki w Polsce rozwijają się w niesamowitym tempie. Mamy utalentowaną młodzież, coraz lepszą infrastrukturę i dobrze wyszkoloną kadrę trenerską. Skoki znowu stają się najchętniej oglądaną transmisją sportową, a pod skoczniami w Polsce i na świecie gromadzą się tłumy polskich kibiców… Wracając jeszcze do Engelbergu… W niedziele Kamil Stoch po raz pierwszy w swojej karierze założył koszulkę Lidera PŚ o której zawsze marzył. Odebrał ją Gregorowi Schlierenzauerowi, który już nie zachwycał ani nie dominował jak w poprzednich latach. Jednak to Kamil i Gregor byli uznawani za największych faworytów do wygrania Turnieju Czterech Skoczni. Mieli stoczyć bój o zwycięstwo w klasyfikacji Turnieju jak i żółtą koszulkę Lidera PŚ. Nikt nie przewidział, że po raz kolejny sezon szykuje dla nas kolejną niespodziankę i narodzenie nowej gwiazdy w skokach…
(źródło: www.thomaszipfel.de)

Thomas Diethart całkowicie zdominował Turniej Czterech Skoczni. Już w czasie zawodów w Engelbergu odważnie wszedł do czołówki PŚ zajmując miejsca 4 i 6. Szczerze, nie wierzyłam w to, że jest w stanie utrzymać taką dyspozycje do Turnieju. Tym bardziej, że dla mnie był on zawodnikiem całkiem obcym. Raz czy dwa razy spotkałam się z tym nazwiskiem analizując wyniki zawodów Pucharu Kontynentalnego czy jakiś krajowych zawodów w Austrii. Jednak nic tam szczególnego nie osiągnął i po prostu nie pamiętało się o nim. Aż tu przyszedł konkurs w Oberstdorfie w którym walczył jak równy z równym z Ammannem, Bardalem, Prevcem i Morgensternem. Podczas tego konkursu zajął 3 miejsce ale śmiało można powiedzieć, że w tym momencie narodziła się kolejna Austriacka  gwiazda skoków narciarskich. Udowodnił to w kolejnych konkursach i ostatecznie zwyciężył w całym Turnieju przed dwoma wyśmienitymi skoczkami na świecie – Thomasem Morgensternem i Simonem Ammannem. A co się stało z faworytami? Otóż Kamil z Gregorem zajęli odpowiednio 7 i 8 miejsce. Jeżeli chodzi o Kamila to pewnie to lekkie załamanie formy było spowodowane osłabieniem po przeziębieniu jakie przebył w okresie świątecznym. Zresztą Kamil po sezonie sam nam się przyznał, że kiedy założył żółtą koszulkę Lidera PŚ to zaczął się „oglądać za siebie” i liczyć punkty ile ma przewagi nad zawodnikami za nim. To go pewnie trochę wytrąciło z koncentracji ale prawdziwego Mistrza poznaje się po tym, że potrafi wrócić we wspaniałym stylu, a jak wiemy Kamil zrobił to wyśmienicie. Jeżeli chodzi o Gregora to od Engelbergu zaczął gasnąć. Brakowało mu pewności siebie, zaczął robić proste błędy. Szczerze ale w tym sezonie nie poznawałam Gregora. Nie chodzi mi tu tylko o jego skoki ale też niestety o jego zachowanie. Myślałam, że w Kulm i Wiśle wraca na odpowiednie tory, ale jak się później okazało tak mi się tylko zdawało… Pozostali nasi zawodnicy spisali się słabo (oprócz oczywiście Kamila i Maćka). Mieliśmy duże oczekiwania, szczególnie po tym weekendzie w Engelbergu ale przecież przez cały czas nie można być w wielkiej formie. Dobrze, że lekka zadyszka przyszła na Turniej niż na IO.
(źródło: zimbio.com)

Następne zawody odbyły się w austriackim Kulm. Na tych zawodach skupiałam się najmniej, ponieważ żyłam już zawodami w Polsce na które się wybierałam. Jednak nie mogłam przejść obojętnie obok strasznego wydarzenia, które miało miejsce w Kulm. Jeden z moich ulubieńców – Thomas Morgenstern miał bardzo poważny wypadek na skoczni, po raz drugi w minionym sezonie. Niestety obrażania Thomasa były poważniejsze niż w czasie grudniowego upadku. Kiedy zobaczyłam jego upadek w Kulm w telewizji… zamarłam… Dopiero wtedy zdaliśmy sobie sprawę ile Ci ludzie poświęcają dla kilku sekund lotu. Zobaczyliśmy, że nawet najmniejszy błąd w locie może się skończyć tragicznie. Ale oni Kochają to bezgranicznie i właśnie ta miłość do skoków pozwoliła Thomasowi tak szybko wrócić. To jest dla nich jak narkotyk, raz spróbujesz i później chcesz dalej latać. Myślałam, że dla Thomasa to już jest koniec kariery, że nie otrząśnie się po tym strasznym upadku. Jednak Thomas pokazał nam, że nigdy nie można się poddawać, że mimo wszystkich przeciwności losu trzeba dążyć do spełniania marzeń! A na pewno się spełnią… Zawody w Kulm były jedynymi w tym sezonie zawodami na skoczni mamuciej (oprócz oczywiście MŚ w lotach narciarskich w Harrachowie). Już w połowie stycznia mieliśmy rozstrzygniętą sprawę małej kryształowej kuli. Peter Prevc według mnie zasłużył na nią bez dwóch zdań. Peter jak dla mnie był najrówniejszym skoczkiem w tym sezonie. Poważniejszą wpadkę zaliczył dopiero w Trondheim kiedy nie zakwalifikował się do II serii zawodów ale przecież obniżka formy też kiedyś musiała przyjść. Oczywiście nie mogę zapomnieć o fenomenalnym Noriakim Kasaim, który swoim młodszym kolegą pokazał i udowodnił, że w wieku 42 lat można skakać na bardzo dobrym poziomie jak i również wygrywać zawody. Noriaki jest kolejnym przykładem słów, które napisałam powyżej. Jak się Kocha to co się robi to trudno jest się z tym rozstać. Trzecie miejsce w klasyfikacji lotów narciarskich przypadło Gregorowi Schlierenzauerowi. Na jego temat wypowiedziałam się wcześniej więc nie będę się powtarzać.
(źródło: sport.interia.pl)

Po konkursach w Austrii w końcu przyszła pora na nasze polskie święto! Prawie cała czołówka PŚ zjechała do Wisły i Zakopanego aby móc zaprezentować swoje umiejętności przed polską publicznością! Kibice jak zwykle nie zawiedli. Pod skocznią w Wiśle i Zakopanem nie było wolnego miejsca, a bilety na konkursy rozeszły się jak ciepłe bułeczki. Warto też przypomnieć, że konkursy w Polsce były mocno zagrożone przez brak śniegu. I w tym miejscu chciałabym bardzo mocno podziękować organizatorom za ich heroiczną walkę z naturą, za to, że jak zwykle przygotowali fenomenalne zawody, które z moimi znajomymi wspominamy aż do dziś.
(źródło: dziennikzachodni.pl)

W Wiśle program był bardzo napięty… Rano treningi i kwalifikacje. Popołudniu seria próbna i konkurs. Jak to w Wiśle bywa nie obyło się bez małych problemów z wiatrem ale i tak zawody można uznać na plus. Bardzo się ucieszyłam, że Kamil utrzymał w Kulm pozycje Lidera PŚ. Dla polskich fanów było to szczególne wydarzenie móc zobaczyć swojego idola skaczącego w żółtej koszulce. Kamil oczywiście nie zawiódł i w Wiśle zajął drugie miejsce. Na pierwszym miejscu uplasował się Andreas Wellinger, a trzeci był być może przyszła kolejna gwiazda austriackich skoków – Michael Hayboeck.
(źródło: sport.wp.pl)
Zakopane podobnie jak Wisła przywitała wszystkich wiosenną aurą. Kiedy wyjeżdżałam z Warszawy w piątek w dzień kwalifikacji, nad ranem było więcej śniegu niż w górach… Atmosferę zawodów czuło się na każdym kroku w Zakopanem. Krupówki były biało – czerwone, wszyscy malowali sobie flagi na policzkach, tradycyjne trąbki do dziś jeszcze słyszę w swoich uszach. Tego nie da się zapomnieć. Wielka Krokiew w tych dniach (no może oprócz niedzieli) prezentowała się pięknie. Na pewno obiekt był bardzo dobrze przygotowany do zawodów. Kwalifikacje to była dla nas rozgrzewka przed wielkimi emocjami, które miały być w sobotę i w niedziele, ale już mogliśmy podziwiać swoich idoli na żywo i ich dopingować. Kamil Stoch odpuścił. Na pewno dobrze zrobił. Musiał zbierać siły na zawody jak i na nadchodzące wielkimi krokami IO. W sobotę nastąpił prawdziwy najazd kibiców na stolicę polskich Tatr. Zakopane nie widziało takiej ilości kibiców od czasów występów Adama Małysza na skoczni. Skocznia zapełniła się kibicami na dwie godziny przed rozpoczęciem zawodów! Jeżeli chodzi o organizacje wejścia kibiców na skocznie to niestety muszę ją skrytykować. Sektory C i D są najbardziej oblegane przez kibiców. Skandalem dla mnie było ustawienie tylko 4 ochroniarzy przy wejściu, przez co wielu kibiców nie zobaczyło początku pierwszej serii. Ja sama pod skocznią byłam godzinę przed rozpoczęciem serii próbnej a weszła… pod koniec serii próbnej! Kibice zaczęli się bardzo denerwować i dochodziło do wielu nerwowych sytuacji w kolejce. Wręcz można powiedzieć, że było bardzo niebezpiecznie, ponieważ kibice z tyłu kolejki zaczęli przepychać się do przodu, dociskając cały przód. Jestem drobną kobietą i muszę powiedzieć, że parę razy zabrakło mi powietrza i miałam momenty kiedy już chciałam to rzucić i wyjść z tej kolejki. Ochroniarze wręcz nie panowali nad tłumem. Dla mnie to było największe przewinienie organizatorów w stosunku do kibiców. W niedziele zdecydowanie się poprawili a może to ja przyszłam dużo wcześniej niż powinnam? 
(źródło: Archiwum własne)

Ale wróćmy do soboty… Zaskoczył mnie bardzo eksperymentalny skład, który postanowił wystawić Łukasz Kruczek. Z drugiej strony wiedziałam, że jest to walka o miejsce w składzie na Sochi i, że Maciej Kot oraz Piotr Żyła mają pewne miejsce w nim. W czasie tego konkursu z mojego punktu widzenia była walka pomiędzy Klemensem Murańką, a Dawidem Kubackim, który został zdecydowanym zwycięzcą. Kiedy spotkałam się z Mateuszem naszym redaktorem naczelnym po konkursie, pierwsze zdanie jakie do niego powiedziałam brzmiało: „Czy ty też uważasz, że dzisiejszymi skokami Kubacki zapewnił sobie miejsce w składzie na IO?” . Dla nas to było jasne od tego sobotniego wieczoru i decyzja, którą podjął na następny dzień Łukasz Kruczek nie była dla nas zaskoczeniem. I w tym momencie wybuchła kolejna narodowa dyskusja Polaków! Dlaczego Kubacki, a nie Murańka podsycana dodatkowo przez ojca Klimka. To była decyzja trenera. To on z nimi przebywa prawie przez cały czas i wie na co ich stać. Powiedzmy szczerze… Klimek zawalił w czasie najważniejszego sprawdzianu dla niego. Zepsuł swoje skoki pomimo dobrych warunków. Po prostu nie wytrzymał presji. On ma jeszcze czas. Na pewno będzie bardzo dobrym skoczkiem, zresztą już kilka lat temu został okrzyknięty wielkim talentem, który przecież kiedyś musi wybuchnąć! Konkurs wygrała fenomenalna reprezentacja Słowenii. Oni mogą już wkrótce zdominować skoki. Mają bardzo uzdolnione młode zaplecze, które coraz odważniej wchodzi do PŚ. Drugie miejsce zajęła reprezentacja Niemiec. Bardzo dobrze spisywali się przez cały sezon. Trzecie miejsce przypadło Austriakom. O tej reprezentacji można napisać bardzo dużo. Napiszę tylko tyle… Nie ważne jakie by mieli problemy wewnątrz kadry to zawsze z nimi trzeba się liczyć! To jest wielka potęga tego sportu i kiedy trzeba walczyć to pokazują swój profesjonalizm. Nasza reprezentacja zajęła 4 miejsce. Lekki niedosyt pozostał ale w takim eksperymentalnym składzie bez dwóch naszych podpór można powiedzieć, że był to dobry wynik.
(źródło: berkutschi.com)

Niestety w niedziele dobra aura pogodowa zniknęła… Już w nocy słyszałam jak wiatr zaczyna wiać coraz mocniej ale miałam nadzieję, że do konkursu osłabnie. Cóż... nadzieja umiera ostatnia więc pod skocznie się wybrałam. Z każdą mijającą minutą było coraz gorzej. Będąc już na skoczni pogodziłam się z tym, że skoków nie będzie. Po kilku godzinach czekania w deszczu i na bardzo silnym wietrze kibice zaczęli sami opuszczać obiekt. Nagle doszła informacja, że konkurs się za chwile rozpocznie i, że zaczynają skakać przedskoczkowie. Wierzcie mi lub nie. Na skoczni wiało tak, że „głowę urywało”, a oni chcieli przeprowadzić sprawiedliwy konkurs w takich warunkach. Jak w ogóle można było dopuścić do startu zawodnika w tak nieprzewidywalnych warunkach jakie były w niedziele w Zakopanem? Już nie chce tu mówić o tych wynikach, których nikt chyba nie wziął na serio… Ja autentycznie się o nich bałam! Nie dość, że warunki były fatalne to jeszcze skocznia wyglądała tragicznie… O kontuzje przed samymi IO było nie trudno! I jeszcze ta sytuacja z powtarzaniem skoków przez Andreasa Wellingera i Thomasa Dietharta… Sama nie wiem co o tym myśleć. Na pewno zachowanie Pointnera było skandaliczne, ale jak już wcześniej wspominałam… te zawody w ogóle nie powinny się odbyć! Jako ciekawostkę napisze wam tylko, że godzinę po zakończeniu tego cyrku wiatr uspokoił się J. Jednak z Zakopanego pomimo tej niedzieli wyjechałam usatysfakcjonowana. Zobaczyłam to co chciałam zobaczyć i przeżyłam to co zawsze chciałam przeżyć… Tych emocji i atmosfery nigdy nie zapomnę!
(źródło: Archiwum własne)

Cóż mogę napisać o konkursach w Sapporo? Nawet nie wiem jak mam je subiektywnie ocenić… Do Sapporo nie wybrali się prawie wszyscy najlepsi skoczkowie minionego sezonu PŚ, ponieważ woleli uniknąć uciążliwej i dalekiej podróży oraz postanowili wykorzystać ten czas na ostanie treningi przed IO w Sochi. Właściwie tylko reprezentacja Słowenii wybrała się tam w pierwszym składzie. Można śmiało napisać, że urządzili sobie w Sapporo Mistrzostwa Słowenii, które jednak średnio się oglądało. Te konkursy jakoś nieszczególnie zapadły mi w pamięci. Dla mnie były pozbawione emocji, nie było elementu zaskoczenia bo z kim mieli walczyć świetnie dysponowani Słoweńcy? Chyba tylko z reprezentacją gospodarzy, która też średnio wypadła. Peter Prevc odebrał Kamilowi pozycje Lidera PŚ ale nie cieszył się żółtym plastronem długo…
(źródło fis-ski.com)

W międzyczasie w bardzo dobrze znanym nam Predazzo odbywały się Mistrzostwa Świata Juniorów w narciarstwie klasycznym! W skokach narciarskich nie mieliśmy sobie równych! Jakub Wolny zdobył złoty medal i został Mistrzem Świata Juniorów! Przed tymi konkursami liczyliśmy na złoty medal, ale stawialiśmy raczej, że zdobędzie go Klimek Murańka, Aleksander Zniszczoł czy Krzysiek Biegun. A tu nagle wyskoczył prawie nikomu nieznany Kuba i zgarnął złoto! W konkursie drużynowym gdyby nie ostatni skok Murańki to wygralibyśmy zawody z miażdżącą przewagą nad drugą reprezentacją Austrii. Ostatecznie wygrana była minimalna, ale i tak nasza młodzież pokazała, że już niedługo mogą rządzić i dzielić w PŚ!

Wracając do Pucharu Świata… Ostatnim sprawdzianem dla skoczków przed IO były konkursy w Willingen. Nasza kadra na IO pojechała tam w komplecie. Kamil miał jasno określone zadanie, które zrealizował w 100%. Imponujące dwie wygrane w konkursach w Willingen pozwoliły mu wrócić na „tron”. Kamil pokazał klasę, siłę i formę na tydzień przed pierwszym konkursem na IO! Do dziś nie mogę zapomnieć tych tytułów z gazet: „Kamil powtórz to za tydzień!”. Kibice byli w euforii, ja jednak tonowałam nastroje. Twierdziłam, że tam będą inne zawody, warunki, nowe skocznie na których Kamil nie miał okazji jeszcze skakać. Chodź w głębi duszy wiedziałam, że będzie dobrze i czułam wręcz „olimpijski spokój”. Był w fenomenalnej formie i było go stać na wszystko! Pozostała reszta naszej kadry zaprezentowała się poniżej oczekiwań ale bez paniki. To co rzuciło się w oczy od razu to była nowa pozycja dojazdowa Piotra Żyły. Wtedy cieszyłam się, że porzucił swój słynny „garbik” ale jeszcze nie wiedziałam ile to problemów mu przyniesie na IO. Niespodzianką na minus była na pewno postawa Simona Ammanna. Na tydzień przed Igrzyskami wypadł tragicznie zajmując 33 i 25 miejsce. Czterokrotny Mistrz Olimpijski pojawił się w Willingen po bardzo długiej nieobecności w PŚ. Wszyscy tylko czekali aż wyskoczy z jakąś nowinką techniczną… I jak się okazało wyskoczył ale na dobre to mu nie wyszło. Ja byłam zdania, że albo startuję w treningowym sprzęcie aby nie pokazywać niczego przed Igrzyskami albo Simon przekombinował przygotowanie i stracił formę. Po części trafiłam ze swoją teorią.
(źródło: berkutschi.com)

Po tych zawodach pozostało nam tylko czekać… Czekać w spokoju na wielkie chwile, które miały nadejść! Ale jak tu być spokojnym kiedy medal był na wyciągnięcie ręki? Kiedy wiedzieliśmy doskonale, że Kamil jest w wielkiej formie i może dokonać tego czego nie udało się zdobyć samemu Adamowi Małyszowi? Emocje wzrastały z każdym dniem coraz bardziej. Dziennikarze podsycali atmosferę publikując wywiady z ważnymi osobistościami ze świata skoków, którzy śmiało mówili, że Kamil zdobędzie złoty medal… Aż w końcu nadszedł 9 lutego 2014 r. i wszystko stało się jasne… Marzenia stały się faktem!

„Chciałbym wystartować na Olimpiadzie. Zdobyć złoty medal. A jak na razie to ja mam jeszcze czas… I może za jakieś 5 – 6 lat wystartuję jak będę dobrze skakał…”


Agnieszka Białek

niedziela, 13 kwietnia 2014

Nie ma kryzysu w Austrii...

Miniony sezon w skokach narciarskich był jednym z najciekawszych, bo właściwie do Igrzysk Olimpijskich zwycięzcy konkursów zmieniali się jak rękawiczki. Pamiętamy doskonale przecież takie czasy, kiedy to wygrywał niemal bez przerwy jeden skoczek, a tylko czasami komuś udało się go pokonać. Albo i on zaliczał słabszy dzień... a przecież to jedno i to samo. Przykładem doskonałym na to jest Janne Ahonen. W sezonie 2004/2005 wygrywał niemal wszystkie konkursy do zawodów w Innsbrucku. Poza jednym w Harrachovie, który padł łupem Adama Małysza. Gdyby nie ten "wredny" Polak, mielibyśmy rekord w ilości jedenastu zwycięstw z rzędu. Rekord chyba nie do pobicia. Miniona edycja Pucharu Świata miała aż czternastu zwycięzców i ani jednemu nie udało się wygrać więcej niż dwóch konkursów z rzędu. Jak to ma się do mojego tytułu właściwie?

Od kilku lat kibicom skoków narciarskich marzy się chyba, aby Austria zeszła z tronu dominatorów. Nieco na hurra ogłoszono, że mają w swoich szeregach kryzys. Moje zdanie jest nieco odmienne. Żadna drużyna jak na razie nie osiągnęła takiego pułapu, aby zagrozić temu teamowi ( w sensie, żeby zająć ich pozycję, być ewidentnie niepokonanym).  Dlaczego? Zacznę jednak na opak. Faktem jest, że to Polacy, Japończycy, Norwegowie, Słoweńcy i Niemcy mogli cieszyć się z indywidualnych medali najważniejszych imprez w tym sezonie, ale tylko Austriacy mogą wciąż od kilku lat gościć w swoich szeregach zwycięzcę Turnieju Czterech Skoczni. Tym razem jak najbardziej niespodziewanego. I jeszcze drugi skoczek ich narodowości też był na podium. Dopiszmy do tego, że tym razem prześladował ich pech, który dotknął Thomasa Morgensterna podwójnie, ale i Andreasa Koflera też. Śmiało powiedziałbym, że po sezonie 2012/2013 Austriacy mały dołek zażegnali. Przecież w Lahti wygrali pierwszy od dwóch lat konkurs drużynowych w Pucharze Świata. Mało tego, powtórzyli to w Planicy. I to nie jakąś minimalną różnicą, a wciąż kolosalną. W ostatniej drużynówce ich przewaga nad drugą drużyną (Polska) wynosiła blisko 40 punktów! A przecież to młoda drużyna. Po raz pierwszy od wielu lat na najważniejszej imprezie nie zdobyli złota w drużynie, ale i tak mieli srebro. Przegrali z małą stratą. Czy można więc mówić, że mają jakiś kryzys?

Moim zdaniem największy wpływ w minionym sezonie na łatkę "kryzysowa Austria" miał Gregor Schlierenzauer. Największe rozczarowanie. Człowiek, który od lat uznawany jest za skoczka, któremu sukcesy przychodzą z łatwością, tym razem skakał po prostu bez przekonania. Dwa zwycięstwa pozwoliły mu podtrzymać dobrą passę. Trzeba pamiętać, że od właściwie pierwszej jego całej edycji PŚ, nie było takiego sezonu, w którym nie odniósłby przynajmniej jednej wygranej. To jest fenomen! Fenomen, który nie obronił zwycięstwa w TCS z poprzedniej zimy, Kryształowej Kuli ani nie wywalczył jedynego trofeum, którego mu brakuje - złota olimpijskiego. Kryzys miał w tym sezonie Gregor Schlierenzauer, Austriacy tak nieco osłabli, ale wciąż są świetni! Czy zmiana trenera coś im pomoże? Czy to dobry krok? Trudno powiedzieć, ale przekonamy się na własnej skórze... za rok oczywiście o tym napiszemy.

foto: berktuschi.com

Mateusz Król


środa, 9 kwietnia 2014

Bjoergen vs Johaug, czyli jedyna atrakcja bez Kowalczyk!

Miniony sezon w biegach narciarskich trzeba jasno określi jako nudny. Organizatorzy nie potrafili wykorzystać zbliżających się Igrzysk Olimpijskich do podgrzania atmosfery. Może była takowa na początku sezonu dzięki mocnej Justynie Kowalczyk, ale trwało to tylko do końcówki roku. W efekcie drastyczny spadek oglądalności w Polsce. Wszyscy doskonale pamiętamy, jak wielkim prestiżem stał tegoroczny Tour de Ski. W tym właśnie momencie Justyna została pozbawiona szans na Puchar Świata, ale i emocje totalnie opały. Wszyscy dobrze wiemy, że pojedynek dwóch Norweżek nie jest tym samym, co Norwegia vs Polska. W tej dyscyplinie oczywiście.

Mimo wszystko początkowo mało kto myślał, że Therese Johaug jest w stanie w tym roku wywalczyć Kryształową Kulę. Jej walka z Marit Bjoergen wydawała się z góry "ustawiona". Z super machiną ciężko w ogóle walczyć. Powiedzmy sobie szczerze, że Therese swojego marzenia w tym sezonie nie spełniła. Od dawna bowiem mówiła, że chce zdobyć złoty medal Igrzysk Olimpijskich. Największa na to szansa według specjalistów była podczas biegu na 30 km stylem dowolnym. W tej konkurencji Johaug jest przecież Mistrzynią Świata z Oslo. Nie udało się! Laury zgarnęła Marit Bjoergen. W efekcie Johaug musiała zadowolić się srebrem (30 km) i brązem, podczas gdy Bjoergen zdobyła trzy złota. Nie można zapomnieć, że jeden pojedynek w Sochi Therese wygrała ze swoją rodaczką. Mam oczywiście na myśli fakt, że w konkurencji 10 km stylem klasycznym, Johaug zdobyła brąz a Bjoergen była poza podium. To były swego rodzaju oznaki, że da się wielką mistrzynię pokonać. Nikt nie jest do końca zaprogramowany. Chociaż w przypadku Marit trzeba byłoby napisać: Każdej maszynie można odciąć prąd. Wróćmy do Pucharu Świata, gdzie ta właściwa walka miała miejsce.

Inauguracja nie była udana ani dla Bjoergen ani tym bardziej dla późniejszej triumfatorki w cyklu. W sprincie stylem klasycznym triumfowała Justyna Kowalczyk. Marit była 13., a Johaug 20. Kolejnego dnia w konkurencji 5 km stylem klasycznym podium już nabrało standardowych kolorów. 1. Kowalczyk, 2. Bjoergen, 3. Johaug. Na starcie to liderka Norweżek była lepsza. Johaug dopiero się rozpędzała. Trzeba chyba spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć, że gdyby nie nagła rezygnacja Bjoergen z Tour de Ski, to Johaug mogłaby o kuli pomarzyć. Z drugiej strony, aby wygrać "generalkę" trzeba startować i wytrzymać cały sezon. Ostatecznie Therese osiągnęła wreszcie to, na co mimo wszystko przez lata zasłużyła. Zawsze dzielnie i najszybciej wspinała się pod Alpe Cermis i w końcu tym razem wygrała tour. 

Do Igrzysk i początkowo po nich Bjoergen była górą nad Johaug. Właściwie jakiś cud się zdarzył, że to Therese wygrała Puchar Świata. Spora ilość sprintów stawiała ją w niekorzystnym świetle. Przed dwoma ostatnimi konkursami miała przewagę nad swoją rywalką zaledwie 3 punktów. Nie trzeba nikomu mówić, że notowania Therese spadły drastycznie. Sam uważałem, że Marit już ma kule w garści. A tutaj taka niespodzianka, takie skumulowanie energii. Dwa ostatnie konkursy padły łupem Johaug. I ta końcówka dopiero nabrała takich rumieńców, jakie zwykle mieliśmy tylko przy okazji startów Justyny Kowalczyk. Dzięki Therese Johaug, która pokazała, że można wygrać. Trzeba tylko w to mocno wierzyć. Do samego końca. Za to ją cenię! I składam ręce do braw, bo jest na prawdę wielka! 

foto: 1. zimbio.com 2. fis-ski.com

Mateusz Król

sobota, 5 kwietnia 2014

Niespodzianka in plus, niespodzianka in minus, czyli sezon w wykonaniu Krzysztofa Bieguna i Dawida Kubackiego

Po jednym z nich oczekiwaliśmy nieco więcej, po drugim raczej mniej, jednak obaj nas zaskoczyli. Oto jak wyglądał sezon w wykonaniu Krzysztofa Bieguna i Dawida Kubackiego.

Na pierwszy ogień 19-latek z Gilowic. Przed niedawno zakończonym sezonem miał zaledwie jeden występ w zawodach Pucharu Świata. Miało to miejsce na mamucim obiekcie w Oberstdorfie, gdy pierwsza kadra przygotowywała się do mistrzostw świata w Val di Fiemme. Krzysztof Biegun był wówczas naszym jedynym punktującym zawodnikiem, zajmując 30 miejsce i zdobywając jeden punkt. Był to ostatni występ Krzyśka w owym sezonie, ale dobre wyniki podczas Letniego Grand Prix zaowocowały powołaniem go na pierwsze konkursy sezonu 2013/14.

Chociaż dużo mówiło się wówczas o potencjale tego chłopaka, to nikt chyba jednak nie przypuszczał, że może się stać to, co się stało. Krzysztof Biegun już w swoim drugim występie w Pucharze Świata wygrał i mimo loteryjnych warunków, jakie panowały w Klingenthal, nie można niczego Biegunowi ujmować, bowiem klasę pokazywał także przed zawodami. Sam fakt wygranej Krzysztofa był niesamowity, a jeśli dodamy do tego, że stał się wówczas drugim w historii polskim liderem Pucharu Świata, to wyczyn nastolatka stał się czymś niewyobrażalnym. Ściągnął on wówczas ogromny bagaż oczekiwań z Kamila Stocha i kto wie, być może przyczyniło się to w jakimś stopniu do wyników osiąganych przez naszego mistrza? Kibice w Polsce zaczęli bowiem oczekiwać więcej od całej drużyny, a nie tylko od jej lidera. Sam Kamil mówił wtedy, że "ten chłopak nie wie nawet, jak dużo dla mnie zrobił."


Krzysztof Biegun był wówczas na ustach wszystkich kibiców skoków narciarskich w Polsce. Dużo osób oczekiwało fantastycznego sezonu niemalże debiutanta w PŚ. I chociaż kolejne zawody i 18. miejsce w Kuusamo zdawały się potwierdzać wysokie aspiracje Bieguna, to jednak drugim Peterką nie został. Wystąpił jeszcze w dwóch zawodach w Lillehammer, gdzie nie zdołał zdobyć punktu (choć 32. i 36. miejsce do najgorszych nie należały). 

Starty Polaka przerwała Uniwersjada, którą niektórzy lubią nazywać "trzeciorzędnymi zawodami". Polska reprezentacja na te konkursy wyglądała jednak imponująco, a dość dobrze prezentowali się także chociażby Rosjanie. Należy jednak docenić fakt, że w każdym z rozgrywanych tam konkursów Krzysztof zdobył medal. Było to drużynowe złoto, a także srebro i złoto z konkursów indywidualnych. 

Biegun zdołał jeszcze punktować w Oberstdorfie oraz w polskich konkursach w Wiśle i w Zakopanem. Zajmował tam odpowiednio 27., 20. i 15. pozycję i jak się okazało, były to ostatnie występy Krzyśka w minionym sezonie, który zakończył mając 144 punkty i 35. miejsce w klasyfikacji generalnej. Pomimo tego, że ominął aż 19. konkursów w tym sezonie, to może go uznać za udany i dający spore nadzieje na przyszłość. Być może okaże się, że to właśnie Biegun, a nie Murańka, będzie za kilka lat nowym liderem naszej kadry?

Na przełomie stycznia i lutego Krzysztof wystąpił jeszcze w Mistrzostwach Świata Juniorów w Val di Fiemme i to chyba jedyne zawody, gdzie jego występ można uznać za rozczarowujący. Młody zawodnik swoimi występami dał powody, by uznać go za głównego faworyta tej imprezy, jednak indywidualnie zajął 6. pozycję. Nie było to jednak długo rozpamiętywane, bowiem sensacyjnie zawody wygrał Jakub Wolny, drugi indywidualny mistrz świata juniorów z Polski. Do swojego występu indywidualnego Biegun dorzucił jeszcze złoto w drużynówce, więc powinien być zadowolony z rozegranego we Włoszech czempionatu.

Na deser został brązowy medalista ubiegłorocznych Mistrzostw Świata w konkursie drużynowym - Dawid Kubacki. Wydaje się, że urodzony w Nowym Targu skoczek zaliczył delikatny spadek formy w porównaniu z poprzednim sezonem. Przede wszystkim brak było u niego tak spektakularnego wyniku, jak 9. miejsce w Engelbergu w sezonie 2012/13 (w ostatnim sezonie najlepszy wysęp Kubackiego to 17. miejsce w Titisee-Neustadt i dwukrotnie w Engelbergu), ale także regularności. Właśnie ta regularność dała mu sezon wcześniej 142 punkty i 36. miejsce w klasyfikacji generalnej. Pod tym względem ostatni sezon można uznać za o wiele gorszy, bowiem zdobył zaledwie 87 punktów (49. miejsce w generalce), a po raz ostatni punktował w tak pechowych dla nas konkursach w Lahti. Trzeba oddać Dawidowi, że w kwalifikacjach spisywał się o wiele lepiej, a do drugiej serii często brakowało mu niewiele, jednak jak w każdym sporcie - okazuje się, że "prawie", to jednak za mało.

Niemniej jednak trener Kruczek postanowił mu zaufać i zabrał go na Igrzyska Olimpijskie, czym wywołał niemałą burzę, pozbawiając Klimka Murańkę miejsca w kadrze. Możemy teraz dywagować, czy postąpił słusznie, czy nie, ale nie ma to już najmniejszego sensu. Trzeba pozwolić przemówić liczbom. W Soczi Dawid wystąpił jedynie na skoczni K-95, gdzie podobnie jak przez cały sezon - dobrze wypadał w treningach i kwalifikacjach, jednak w samym konkursie zajął 32. miejsce. Na skoczni dużej, zarówno w konkursie indywidualnym, jak i drużynowym, zastąpił go Piotr Żyła. Dość nieudane występy zawodnika z Wisły dały pole do kolejnych rozważań nad słusznością decyzji Łukasza Kruczka, jednak tym razem poszkodowanym wydawał się być Kubacki. 

Bardzo często mówi się o ogromnym potencjale Dawida, który posiada potężne wybicie, a jedynym problemem ma być jego odpowiednie skierowanie. Jeżeli wszystko to, co mówi się o Kubackim jest prawdą, to obecny sezon można uznać za nader rozczarowujący. Trzeba jednak liczyć, że Dawid wykorzysta to, co dostał od natury i w przyszłym sezonie zobaczymy go punktującego już regularnie w całym sezonie.

foto: 1. eurosport.onet.pl; 2. sport.interia.pl

Jędrzej Jędrasiak

wtorek, 1 kwietnia 2014

Olimpijczycy gościli w Warszawie (relacja)

Dwukrotny mistrz olimpijski – Kamil Stoch oraz Jan Ziobro i Dawid Kubacki byli gośćmi „Niezwykłego spotkania ze sportowcami” organizowanego przez firmę 4F w minioną sobotę.
Warszawskie „Złote Tarasy” wypełniły się tłumem ludzi jeszcze na długo przed rozpoczęciem całego wydarzenia, które zaplanowano na godzinę 13.00. Zarówno pora, dzień jak i miejsce sprawiły, że cieszyło się ono w dużej mierze zainteresowaniem młodszej części kibiców skoków narciarskich. Spotkanie rozpoczęło się rozmową z olimpijczykami. Padły więc różne pytania – od tych związanych bezpośrednio z uprawianą dyscypliną, aż po bardziej prywatne, dotyczące indywidualnych zainteresowań reprezentantów Polski. Nie zapomniano o kibicach, którzy tego popołudnia również mieli możliwość, aby skierować swoje pytanie bezpośrednio do któregoś z zawodników. Wszyscy trzej odpowiadali na nie bardzo cierpliwie, profesjonalnie i często z dużą dawką poczucia humoru. I tak oto od Dawida Kubackiego, na przykład, dowiedzieliśmy się, że w Zakopanem trenował zawodnik z Warszawy (to nie żart!), osiągający już odległości przekraczające punkt konstrukcyjny Wielkiej Krokwi. Kamil Stoch stwierdził, że skoczkowie nie lubią, gdy pyta się ich, co czują podczas lotu, a zwycięzca zawodów w Engelbergu opowiadał, że jeszcze na początku tego sezonu zastanawiał się nad końcem swojej kariery! Swoją drogą, o koniec kariery pytano także mistrza olimpijskiego. W wieku 26 lat… Dziwne, nie?
W drugiej części olimpijski tercet opowiedział o swoich metodach treningowych. W tym celu zaprosił do siebie kilku młodych fanów, którzy mogli przekonać się, jak wygląda np. ćwiczenie doskonalące sylwetkę najazdową, czy też zachowanie równowagi. Znajdując się na specjalnie przygotowanej do tego platformie ustawionej na kawałku drewnianego pnia musieli się na niej utrzymać. Dawid Kubacki szczegółowo zaś wyjaśniał każdą fazę treningu.
Trzeba podkreślić, że sobotnie spotkanie było też doskonałą okazją do dalszej zbiórki pieniędzy dla Szymona Olka – 12-letniego skoczka narciarskiego, który w lutym miał groźny upadek na skoczni w Zakopanem, o czym przypomniał Kamil Stoch. Zdobywca Kryształowej Kuli zaprosił wszystkich do tej akcji. Wśród licznie zgromadzonych fanów kwestowała m.in. Ewa Bilan-Stoch, żona najlepszego skoczka minionego sezonu, również obecna podczas sobotniego spotkania. Ponadto każdy mógł zdobyć kartki z autografami polskich reprezentantów.

Jednak najbardziej wyczekiwaną chwilą dla zgromadzonych fanów był czas przeznaczony na zdjęcia ze skoczkami. Fotografie polaroidem wykonywane były przez profesjonalnego fotografa na tle specjalnie przygotowanej platformy startowej, na której kolejno zasiadali Kamil Stoch, Dawid Kubacki i Jan Ziobro, a każdy z kibiców miał niepowtarzalną okazję sfotografowania się z nimi i natychmiastowego odbioru swojego zdjęcia. Gdy jeden z reprezentantów pozował do zdjęć, dwóch pozostałych cierpliwie podpisywało kartki z autografami tuż obok. W tym miejscu należy się drobny prztyczek organizatorom, którzy najwyraźniej nie przewidzieli reakcji zgromadzonych osób na skoczków w kolejce po zdjęcia i autografy.
Warto wspomnieć, że wydarzenie to miało na celu promocję marki 4F, czyli producenta odzieży sportowej m.in. polskich skoczków. W tym celu Kamil Stoch, Jan Ziobro i Dawid Kubacki w sobotni poranek odwiedzili również sklep 4F w galerii „Złote Tarasy” i przez chwilę nawet wcielili się w rolę sprzedawców.
Dla Kamila Stocha był to jednak szczególnie udany dzień, bowiem po długim popołudniu spędzonym w „Złotych Tarasach” wieczorem udał się on na galę wręczenia „Wiktorów”, która odbyła się w Zamku Królewskim. Przypomnijmy, że dwukrotny mistrz olimpijski otrzymał statuetkę w kategorii „Najpopularniejszy sportowiec roku 2013”.
-KK

piątek, 28 marca 2014

Miała baba trzy złota, trzy złota, trzy złota...

Dość niefortunnie przyszło mi pisać o Kamilu Stochu. Skoczku, który właściwie nic w tym sezonie nadzwyczajnego nie osiągnął. Dwa złota olimpijskie i Puchar Świata w dyscyplinie, którą uprawia raptem może pięć państw na świecie, są właściwie niczym, przy czterech bramkach Roberta Lewandowskiego spotkaniu z Realem Madryt w Lidze Mistrzów. Piłkę nożną uprawia przecież cały świat. Nie rozumiem tak wielkiego uwielbienia dla Kamila Stocha, który jest sportowcem co najwyżej przeciętnym... Nie wiem, czy tak dokładnie brzmią wypowiedzi p. Zarzecznego, ale z pewnością czytając to, niektórzy z Was od razu stwierdzili, że albo zwariowałem, albo czerpię z "pięknych" wypowiedzi pewnego "cenionego" dziennikarza sportowego.
Źródło: berktuschi.com
Muszę więc jasno i wyraźnie określić. Za nami najpiękniejszy z możliwych sezonów w skokach narciarskich. Ktoś napisze, że jest coś, co może jeszcze upiększyć nasze wrażenia. Oczywiście, ale nie da się wygrywać wszystkiego. Kamil Stoch ten sezon rozpoczął pechowo. Nie można pisać, że poszło mu słabo i nie zapunktował w Klingenthal. Pamiętajmy o tym cyrku, który tam był, zwłaszcza pod koniec. Został puszczony w okropnych warunkach. Z konkursu na konkurs rósł jednak w siłę. Po to, ażeby olśnić nas w Titisee-Neustadt. Tam wszystko się zaczęło. 12. miejsc na podium. 6 razy pierwszy, 3 razy drugi i 3 razy trzeci. Ciężko jest pisać, coś odkrywczego o najlepszym skoczku w sezonie. Ostatni rok w wykonaniu Stocha był po prostu złoty. Mistrzostwo Świata napawało nas wielkim optymizmem. W grudniu 2013 roku po raz pierwszy ubrał na siebie plastron lidera Pucharu Świata. Udowodnił nam wszystkim, że myślenie, iż sukcesów Adama Małysza nie powtórzy już nikt, jest bardzo mylne. Jego wielka forma znowu przyciągnęła pod Wielką Krokiew dziesiątki tysięcy kibiców. Stworzyliśmy wielkie widowisko z widokiem na najważniejszą część sezonu. W Zakopanem Kamil był liderem klasyfikacji generalnej, ale wiedzieliśmy, że do Sapporo nie poleci. Peter Prevc odebrał mu wówczas żółtą koszulkę. W Polsce zaczęły pojawiać się głosy pesymizmu. Rzekomo nasz skoczek miał już Słoweńcowi nie odebrać prowadzenia. Jakże los zagrał im na nosie! Po krótkiej przerwie Polak wrócił do startów już w wielkiej, olimpijskie formie i nie dał żadnych szans rywalom. Dwa zwycięstwa w Willingen napawały nas ogromną nadzieją, że uda się wreszcie zdobyć złoty medal...

Sochi... miejsce, które zapadnie nam na długo w pamięć. 9. lutego... skocznia normalna. Kamil Stoch ma dokonać tego, co nie udało się Adamowi Małyszowi. Zdobyć złoty medal. 42 lata czekania i pierwszy skok naszego faworyta. I wszystko jasne! Rekord skoczni! Ogromna przewaga i wielka euforia radości w Polsce. Kto wierzył, że ktoś może go jeszcze pokonać w drugiej serii? A on jeszcze przypieczętował ten tytuł wielkim skokiem na odległość 103,5 metra i pięknym stylem. Mamy Mistrza Olimpijskiego! Wzruszenie trwa po dziś dzień. A przecież była jeszcze szansa na dokonanie czegoś, co wcześniej udało się tylko dwóm skoczkom. Dwa złota podczas jednych Igrzysk. Tak fantastycznej formy nie dało się nie wykorzystać. Może nie w tak zachwycającym stylu jak na skoczni normalnej, ale czy to aż tak istotne? Wspaniałe skoki dały Kamilowi Stochowi drugi tytuł Mistrza Olimpijskiego. Nie było już żadnych wątpliwości, że jesteśmy świadkami historycznych chwil! Możemy oglądać jednego z najwybitniejszych! Trzy złote medale w ciągu jednego roku kalendarzowego... bezcenne!

Źródło: sochi2014.com
Do końca sezonu Kamil nie wypadał już z pierwszej dziesiątki Pucharu Świata. Łącznie uzbierał 1420 punktów i z przewagą ponad stu punktów wyprzedził w klasyfikacji generalnej Petera Prevca. Polak startował w 26. konkursach, zdobywając średnio 54,6 punktu. Tylko raz nie punktował, aż 21 razy meldował się w czołowej dziesiątce, z czego szesnaście miejsc w czołowej szóstce.  Po tym sezonie Kamil ma już 13. zwycięstw pucharowych na swoim koncie, co daje mu 18. miejsce w klasyfikacji skoczków wszech czasów. 27. miejsc na podium plasuje Kamila na 26. miejscu w historii. Z sezonu na sezon co raz lepszy. Nareszcie zaczniemy wszyscy go doceniać. Nie można przejść obojętnie obok faktu, że Kamil zalicza już czwarty sezon z rzędu w czołowej dziesiątce. Za każdym razem na miejscu wyższym od poprzedniego. Po siedmiu latach Kryształowa Kula wróciła do Polski! Wielkie ukłony, brawa i gratulacje. Dla takich sezonów warto żyć!

... wsadziła je na chłopa, na chłopa ! Mój ty miły chłopcze, czy Ci dobrze z tym złotem?



czwartek, 27 marca 2014

Jan Ziobro i Klemens Murańka - więcej luzu, mniej kalkulacji.

Sezon 2013/2014 już za nami, więc czas na podsumowania. Który z naszych skoczków, nie licząc Kamila Stocha, pozytywnie was zaskoczył?
Nie wiem czy się ze mną zgodzicie, ale moim zdaniem największą niespodziankę sprawił nam w tym sezonie Janek Ziobro. Szczerze mówiąc przed sezonem nie myślałam o nim, jak o zawodniku, który cały sezon będzie startował w Pucharze Świata. Nie mówiąc już o tym, że zostanie jednym z dwunastu zwycięzców konkursów PŚ w tym sezonie. 
źródło: sport.dziennik.pl
Dla Janka już sezon letni był dość obfity w starty. Zaczął od startów w Letnim Pucharze Kontynentalnym, gdzie znalazł się na podium konkursu w Stams. Potem brał udział w konkursach Letniego Grand Prix. W Hakubie stanął na podium. We wrześniu został mistrzem Polski na Wielkiej Krokwi w Zakopanem. To wszystko pokazywało, że Janek jest w dobrej dyspozycji ale podchodziłam do tego z dystansem. Każdy z nas wie, że wyniki z okresu letniego, nijak mają się do wyników zimą. Dlatego też, nie spodziewałam się, że Janek na dobre zagości w Pucharze Świata. 
Po bardzo dobrym początku w Klingenthal, gdzie zajął 9. miejsce przyszły konkursy, w których nie było tak dobrze. Kolejne miejsca zajmowane w konkursach, nie napawały optymizmem. Zaczęło się od 37. miejsca w Kuusamo. W Lillehammer oraz Titisee-Neustadt zajmował trzy razy z rzędu 44. miejsce. W drugim konkursie w Niemczech było jeszcze gorzej. 48. miejsce na pewno nie zwiastowało nic dobrego. Jeden spokojny trening w Szczyrku sprawił, że Janek do Engelbergu przyjechał odmieniony. Nie wiem ile dał mu słynny napis na nartach, ale jeśli dzięki niemu Ziobro stanął dwukrotnie na podium, to nie mam nic przeciwko, aby skoczkowie umieszczali takie wskazówki na swoim sprzęcie. W drugiej serii wygranego przez niego konkursu udowodnił, że doskonale potrafi sobie poradzić z presją i oddał fantastyczny, rekordowy skok. 
źródło: gwizdek24.se.pl
Choć oczekiwania były większe, Ziobro w Turnieju Czterech Skoczni zajął 22. miejsce. Mistrzostwa Świata w Lotach zakończył na 27. pozycji. Oprócz zawodów w Engelbergu (1. i 3. miejsce) i Klingenthal (9. miejsce)  Janek do pierwszej dziesiątki konkursu wskoczył jeszcze w Wiśle, zajmując 6. lokatę.  Ostatecznie zajął 25. pozycję w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, z dorobkiem 312 punktów. Do konkursu nie zdołał zakwalifikować się trzy razy (Lahti, Kuopio, Planica). W drugiej serii konkursu mogliśmy oglądać go 13 razy. 
Podczas swojego debiutu na Igrzyskach Olimpijskich w Sochi zajął 13. (K-95) oraz 15. miejsce (K-125). To wynik, który jest godny zauważenia. W cieniu złotych medali Kamila Stocha, bez echa przeszły wyniki Janka i Maćka, którzy zanotowali naprawdę dobre występy. Warto wspomnieć również, o tak pechowym dla nas olimpijskim konkursie drużynowym. Uważam, że to właśnie tam Janek pokazał, jak cennym jest zawodnikiem. Dał naszej drużynie bardzo wiele. Najlepsze swoje skoki w Sochi oddał właśnie w konkursie drużynowym.
źródło: sport.wp.pl
Pod koniec sezonu forma Janka wyraźnie spadła ale to przecież dopiero pierwszy sezon w jego karierze, w którym całą zimę startuje w Pucharze Świata. Nie zapominajmy także, że jego stary latem były intensywniejsze niż reszty kadry, która opuszczała konkursy Letniego Grand Prix. Ma prawo być zmęczony sezonem, tym bardziej, że zrobił naprawdę duży postęp w porównaniu do poprzednich lat. Janek nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, to dopiero początek jego kariery i myślę, że w kolejnych latach będziemy za jego przyczyną przeżywać naprawdę pełne emocji chwile. 

Klemens Murańka pewnie liczył w tym sezonie na więcej. Choćby na wyjazd do Sochi. Ta sprawa jest już jednak zamknięta. Nie chcę oceniać czy trener podjął słuszną decyzję, czy nie. Dlatego pomijając sprawę z Igrzyskami, chciałabym krótko podsumować sezon naszego juniora.
Na początku sezonu trenerzy zapewniali, że Klimek nie jest jeszcze w dobrej formie, dlatego też nie został powołany na pierwsze konkursy PŚ. Swoje starty zaczął od zawodów w Titisee-Neustadt, w których zajął 24. oraz 39. miejsce. W Engelbergu zaliczył swój najlepszy występ w PŚ zajmując 7. pozycję.
źródło: wprost.pl
Zdobył 132 punkty, zajmując 38. miejsce w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. W Turnieju Czterech Skoczni zajął 21. pozycję. Mistrzostwa Świata w lotach narciarskich zakończył na 25. miejscu.
Na przełomie stycznia i lutego odbyły się Mistrzostwa Świata Juniorów w Val die Fiemme. Klemens pojechał tam w roli faworyta. Predazzo znów okazało się dla Polaków szczęśliwe, choć nie dla Klemensa. W konkursie indywidualnym zajął dopiero 8. miejsce. Nasza drużyna w składzie: Klemens Murańka, Jakub Wolny, Krzysztof Biegun oraz Aleksander Zniszczoł zdobyła złoty medal. Przewaga jaką miała polska drużyna przed ostatnim skokiem Klimka była duża, dlatego też mimo jego nieudanego skoku, udało się zwyciężyć. Te mistrzostwa pokazały, że Klemensa czeka jeszcze trochę pracy nad sobą. W sporcie wiele zależy od psychiki. Jestem jednak niemal pewna, że w przyszłości Klimek może należeć do ścisłej, światowej czołówki. Jego kariera rozwija się systematycznie i jeśli wszystko pójdzie w dobrym kierunku, to za kilka lat będziemy mogli cieszyć się z kolejnego mistrza. 
 
źródło: zw.lt




 Anna Felska

środa, 26 marca 2014

Nadszedł czas, by Kot stał się Kocurem

398 punktów i 17. miejsce w klasyfikacji generalnej, 7. i 12. miejsca w indywidualnych konkursach na Igrzyskach Olimpijskich, 4. miejsce z drużyną oraz 10. pozycja w Mistrzostwach Świata w Lotach - to dorobek Macieja Kota, chyba najbardziej niespełnionego sportowo członka kadry naszych skoczków. 

Nie da się jednoznacznie określić, czy miniony sezon był dla Maćka lepszy, czy gorszy od poprzedniego. Zdobył w nim bowiem o 62 punkty mniej, niż rok wcześniej, jednak uplasował się o jedną pozycję wyżej w klasyfikacji generalnej. Turniej Czterech Skoczni zakończył na 12. pozycji, a więc o osiem miejsc wyżej w porównaniu do sezonu 2012/13. Z imprezy głównej nie przywiózł co prawda medalu w drużynie, tak jak to miało miejsce przed rokiem, ale 11. i 27. miejsca z Predazzo zamienił na 7. i 12. w Soczi, a do tego dołożył 10. pozycję w Mistrzostwach Świata w Lotach w Harrachovie. Wydaje się więc, że najlepszym wykładnikiem jego formy, będą statystyki z Pucharu Świata.

Maciej Kot wziął udział w 26. konkursach Pucharu Świata sezonu 2013/14. Dwukrotnie nie awansował do konkursu głównego (2x Lahti), opuścił 2 konkursy (Sapporo). We wszystkich 24 konkursach, do których się kwalifikował, awansował do drugiej serii. Siedmiokrotnie zajmował miejsca w pierwszej dziesiątce (5., 6., 8. i 4x 10). Średnia punktów zdobyta w 24. konkursach z jego udziałem wyniosła w przybliżeniu 16,58. Jak wyglądało to rok temu? Sezon 2012/13 to także 26 startów Zakopiańczyka, ale to nie koniec podobieństw. We wszystkich startach przechodził przez kwalifikacje, jednak czterokrotnie kończył udział w konkursie na pierwszej serii. Nie wystartował jedynie podczas lotów w Oberstdorfie (podobnie jak cała kadra A). W czołowej dziesiątce meldował się siedmiokrotnie (2x 5., 6., 8., 9., 2x 10.). Średnia puntów z 26 konkursów wyniosła około 17,7, ale gdyby liczyć tylko te, w których punktował, to wynosiła by ona aż 20,9 punktów. 

Czy wobec tych statystyk można wywnioskować, czy Kot zrobił postęp? Wydaje mi się, że można. Przede wszystkim stał się bardziej regularny. Co prawda dwukrotnie nie awansował do konkursu, ale można to nazwać wypadkiem przy pracy. Patrząc jednak na miejsca, które zajmował, widać wyraźnie, że oscyluje w granicach 15. - 20. pozycji i to jest wyznacznik jego dyspozycji. Bez większych rozczarowań, czy niespodziewanie dobrych wyników. I jeżeli czegoś w tym sezonie Maćkowi brakowało, to właśnie tego ostatniego. Maciek został bowiem najwyżej sklasyfikowanym zawodnikiem, który w całym sezonie ani razu nie stawał na podium. Dokonali tego chociażby znajdujący się w generalce za nim 18. Jurij Tepes, 19. Anssi Koivuranta, 21. Daiki Ito, 22. Taku Takeuchi, 24. Jan Ziobro, 25. Richard Freitag i najniżej sklasyfikowany ze wszystkich stających na podium 35. Krzysztof Biegun.

Niekwestionowany numer dwa polskich skoków to prawdziwy ewenement. Klasyfikacja generalna PŚ mówi wyraźnie - w Polsce lepszy jest tylko Kamil Stoch. Mimo wszystko regularny do bólu Kot musi patrzeć, jak kolejni z jego kolegów stają na podium, czy wygrywają konkursy Pucharu Świata, podczas gdy jego najlepszy wynik w karierze, to 5. miejsce (sezon 2012/13 - Ga-Pa, Zakopane; 2013/14 - Lillehammer). Najpierw dokonał tego Piotr Żyła, później Krzysztof Biegun i Jan Ziobro. Złośliwi twierdzą nawet, że pucharowy konkurs prędzej niż Maciek wygra jego brat Jakub. Ja jednak jestem zdania, że skoczek z Zakopanego swoją szansę wykorzysta, a z jego zwycięstw będziemy się cieszyć już w najbliższym sezonie.

Czego jednak potrzeba Maćkowi, by tak się stało? Wielu mówi, że spokoju, opanowania jego temperamentu. Faktem jest, że ciężko zobaczyć u Maćka szczery uśmiech po oddanym skoku. Jedni mówią, że to pycha, ja twierdzę, że to ambicja. Człowiek pyszny jest taki także w życiu codziennym. Maciek taki nie jest, poza skocznią jest uśmiechnięty i chętnie spotyka się z kibicami. Na skoczni jednak pokazuje się jego natura. Ogromna ambicja, która nie pozwala mu być do końca zadowolonym po naprawdę dobrych występach. Czy Kot powinien starać się to opanować? Myślę, że nie tędy droga, że nie chodzi o wyzbycie się sportowej złości, a o umiejętność przekucia jej w wyniki na skoczni. Pora by Kot, stał się Kocurem, by pokazał pazur, by każde niepowodzenie pchało go ku lepszym wynikom. Oczywiście spokój też jest istotny. Widzieliśmy to na przykładzie Adama Małysza, widzimy na przykładzie Kamila Stocha. Nie sposób jednak zaprzeczyć, że za tymi maskami stoików kryją się naprawdę wielcy wojownicy. 

foto: sport.wp.pl

Jędrzej Jędrasiak

Skoki bez granic, czyli Harrachov 2014 okiem kibica - cz.3.

Z tych zaś trzech części mojego opowiadania, bo tak trzeba to nazwać, ta będzie najkrótsza bo i właściwie najmniej związana ze skocznią bezpośrednio. Ciężko aż mi nawet pomyśleć, że w niedzielę nie byłem nawet pod areną zmagań. Tak okropnej pogody podczas weekendu skoków nie widziałem na żywo jeszcze nigdy. Z telewizji też nie pamiętam. W związku z tym, poszliśmy na poranną kawę do hotelu skoczków...

Tym razem jakoś bez większych emocji i ekscesów, bo niemal ze wszystkimi już się widziałem. Aczkolwiek być choć przez chwilę uczestnikiem tego świata - bezcenne. Kolejna porcja zdjęć, wymiana kilku słów i człowiek zaczyna się zastanawiać, cy to nie aby dobrze, że są złe warunki? O zgrozo! Odpędź ode mnie te myśli. Z pewnością pojawiły się takowe stąd, że nastawiałem się już na "super pogodę" przed wyjazdem. Harrachov to jest wiatr, tak w wolnym, totalnie wolnym tłumaczeniu. Posiedzieliśmy sobie w hotelu dobre kilka godzin i do ostatniej chwili czekaliśmy na Noriakiego Kasai. Widziałem się z nim w sobotę, ale niektórzy z mojej ekipy nie mieli tego szczęścia. Czas szybko płynął i trzeba było się zabierać. Miłe spotkanie z p. Pawłem Wilkowiczem, który podarował pewnemu chłopakowi swoją akredytację na pamiątkę. Żal wychodzić, ale przecież Oni też wychodzili. Za tydzień ostatni akt... wolałem jednak o tym nie myśleć.

Wyjechaliśmy z Harrachova z kolejnym bagażem doświadczeń. Tu nie chodzi o zwykłe zdjęcia czy autografy. Poznawać ten świat z boku, za każdym razem z zupełnie innej perspektywy, choć wciąż jest to widok kibica. Jestem ogromnie szczęśliwy, że zdecydowałem się w 2012 roku odwiedzić Zakopane. Te wyjazdy na skoki są strasznie uzależniające. Działają jak narkotyk. Jeszcze nie wyjechałem z Czech, a już myślałem o kolejnym wypadzie. Tym razem Letnie Grand Prix w Wiśle. Trzeba zapisać ten cel, aby później odhaczyć, jako udany. Wkrótce na naszym oficjalnym kanale na Youtube pojawią się filmiki z Harrachova. Poinformujemy o tym oczywiście na naszym profilu na Facebooku.

foto: Archiwum własne

Mateusz Król

Ciekawostka o nas...

Czy wiesz, że po wpisaniu w wyszukiwarce Google hasła: Mika Kojonkoski, nasz wpis "Mika Kojonkoski - wymarzony trener" znajduje się na drugim miejscu? W ostatnim czasie to jeden z najchętniej czytanych artykułów na naszym blogu. Autor tego tekstu (Mateusz Król) został natchniony do jego napisania, po lekturze książki o "Mika Kojonkoski - tajemnica sukcesu".